|
2012-02-21 08:55 | autor: aleksander
Słysząc te imię w głowie od razu krystalizuje się wizja koszykarza doskonałego. Nieoficjalnie okrzykiwany najlepszym graczem NBA przez ekspertów, trenerów i byłych zawodników. Najlepszy to słowo, które wiele waży i przed jego użyciem warto się dokładnie zastanowić nad wszelkimi aspektami. |
Pamiętam jeszcze mecze Jordana, Drexlera, całej tej paczki. Dokopywałem się do archiwalnych starć gdzie ścierali się Bird i Magic, żeby przyjrzeć się i zrozumieć na czym polegał ich fenomen. Widziałem wielu wybitnych graczy. LeBron z całą pewnością się do niech zalicza; problem w tym, że obecnie poza nim mamy garstkę graczy, którzy również zasługują na miano znakomitych, może nawet najlepszych.
Osobiście nie mam nic przeciwko Jamesowi i jego grze, ale mierzi mnie fakt bezmyślnego rzucania słowa ‘the best’ przez koszykarski świat. Skupię się na pewnych kwestiach uwypuklających niedoskonałości Lebrona w zaskakująco wielu elementach jego gry. Otóż:
Brak pewnego rzutu
Pewnie zastanawiacie się ‘ale jak to? w obecnym sezonie ma skuteczność ponad 50%!’ Już wyjaśniam. Na te ponad 50% składa się bardzo dużo wjazdów pod kosz, wsadów i kelnerów. Nie zaprzątajmy sobie nimi głowy; rzut, rozchodzi się o rzut. Oczywiście, Lebron trafia z 18 stóp, z ręką obrońcy na jego twarzy, odchylając się do tyłu itd. Potrafi to robić. Problem w tym, że w jego przypadku nie ma znaczenia czy to rzut bez obrońcy w promieniu trzech metrów czy fade away w podwojeniu krycia. Prawdopodobieństwo na trafienie jednego i drugiego jest zbliżone. To świetnie, że punktuje z niemożliwych pozycji, ale fatalnie, że często (bardzo często, za często) nie wykorzystuje najprostszych okazji, gdzie w ogóle nie jest kryty i nawet Joel Anthony by trafił. Jak na zawodnika, od którego wszystko zależy w ofensywie to zła cecha - brak konsekwencji, jednostajności w rzucie. Żeby łatwiej było to sobie wyobrazić: niekryty Ray Allen to 90% szans na dwa lub trzy punkty, w ogóle to nie do pomyślenia, żeby zostawiać go samego. A czy ktokolwiek zwrócił uwagę jaką obronę w playoffs gra się przeciw Jamesowi? Zmusić go do rzucania dalekich dwójek i trójek, bo ich zwyczajnie nie trafia. Nie twierdzę, iż LeBron to fatalny strzelec. Jest przeciętny z 5 metrów i dalej, a uważa się go za wspaniale rzucającego niskiego skrzydłowego. [fakt: Nowitzki, Carmelo, Durant, Wade, Bryant – nikt przy zdrowych zmysłach nie odpuści krycia]
Brutalna siła
To, szczerze mówiąc, podstawa gry Jamesa. Polega na swojej niebywałej, nadludzkiej wręcz sile, żeby dostać się pod kosz, minąć obrońcę, generalnie robić na parkiecie wszystko co pomoże drużynie. Co w tym złego? Nic. Ale czy mówimy tutaj o uwarunkowaniach genetycznych, czy o umiejętnościach? Jeśli o tym drugim, cóż, Król jest nagi tu i ówdzie. Brak zdolności gry tyłem do kosza, kozłowanie pozostawia wiele do życzenia (wystarczy naprawdę napastliwie grać w obronie, a Lebron na pewno popełni kilka strat) lub sławne na całym globie problemy z krokami (w każdym pojedynczym meczu James więcej niż raz robi zbyt wiele kroków podczas wkręcania się pod kosz – niektóre są tak spektakularne, że aż ciężko w nie uwierzyć), dodać do tego niepewny rzut, o którym wspomniałem i zostaje esencja – siła. Wiem o kim teraz myślicie. Shaquille O’Neal. Hm, pamiętacie co stało się z O’Nealem w finałach 1995? Hakeem się stał. Z całą pewnością ustępował siłą, ale miał umiejętności i finezję – coś, z czym same mięśnie sobie nie poradzą. Po przegranym finale Shaq przyznał, że Hakeem jest najlepszym centrem w NBA, którego nie da się powstrzymać w ofensywie, a który powstrzyma wszystkich w defensywie. Ostatecznie, sprawa z LeBronem zakończy się przymuszoną potrzebą zmiany stylu gry; z powodu wieku lub poważnej kontuzji, czego nie życzę. Na myśl przychodzi mi trzech graczy, którzy musieli drastycznie zmienić swój styl gry, właśnie ze względu na poważną kontuzję: Amare, Wade i Arenas. Każdy z nich był nieustraszony we wbijaniu się pod kosz. Po urazach? Każdy z nich nagle nauczył się rzucać i jeśli nie ma potrzeby, nie pchają się pod kosz. Wyjątkiem w tej trójcy może być Wade, który wciąż praktykuje ostrą grę do przodu, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu niż to było przykładowo cztery lata temu. Siła powinna być atutem pomocniczym, nie głównym. [fakt: Nowitzki, Carmelo, Durant, Wade, Bryant przede wszystkim zdają się na swoje umiejętności]
Kluczowe momenty
Przez ostatnie lata przyglądałem się Jamesowi ze szczególną uwagą. Widziałem sporo spotkań, które rozstrzygały tuż przed końcową syreną, spotkań o naprawdę wysoką stawkę, gdzie Król miał grać główną rolę. W znakomitej większości przypadków, James po prostu zawodził. Spójrzcie na jego zachowanie, mowę ciała w tych stresujących momentach. Presja niektórym dodaje skrzydeł, innym całkowicie je podcina (ot choćby Karl Malone. Jakkolwiek świetnym zawodnikiem nie był, nerwy zawsze brały górę. Przypomnijmy sobie pierwszy mecz finałów 1997 odbywający się w niedzielę, gdzie na kilka sekund przed końcem przy remisie rzucał dwa wolne. Nie trafił ani jednego, po czym Jordan na drugiej połowie parkietu ze stoickim spokojem rzuca dwójkę nad bezradnym Russellem. Swoją drogą, smaczku tej sytuacji dodaje fakt, że zanim Malone stanął na linii, Scottie Pippen podszedł i szepnął mu na ucho ‘the mailman doesn’t deliver on Sundays’. Kto wie, może to proste zdanie uratowało mistrzostwo dla Chicago? Kawałek historii: http://www.youtube.com/watch?v=e03kAurk32k Dość dygresji). W poprzednim roku problemy Króla w kluczowych momentach były aż nadto widoczne już w sezonie zasadniczym. Na całokształt gry Jamesa w finałach opuśćmy zasłonę milczenia – wszyscy doskonale pamiętamy co się wydarzyło. [fakt: Nowitzki (w kontraście do Jamesa z finałów szczególnie), Durant, Carmelo, Bryant, Wade (może w najmniejszym stopniu z tego towarzystwa) wygrywali mecze ostatnim rzutem niezliczoną ilość razy, błyszcząc w kluczowych momentach]
Mentalność
Kiedy zespół gra dobrze, wszystko jest w porządku. LeBron jest liderem, śmieje się z kolegami, gra dla drużyny, znajduje graczy podaniami etc. Nadchodzi czas playoffs, Miami (lub Cleveland dawniej) jest w tarapatach i momentalnie widzimy inną stronę Jamesa; przestaje być cierpliwy, szybko się irytuje, nie dzieli się piłką, podejmuje złe decyzje... Wszyscy już to widzieliśmy i stanie się to ponownie, LeBron wciąż się nie zmienił i dopóki tego nie zrobi, Miami nie sięgnie po mistrzostwo (zupełnie jak Cleveland dawniej). Chyba, że Wade ponownie zamieni się w Jordana i własnoręcznie poprowadzi drużynę po najwyższe laury (vide rok 2006). [fakt: Bryant i Carmelo też mają problem z podejściem, ale jeśli trzeba, stają na wysokości zadania. Jak Wade, Durant czy Nowitzki]
Cleveland Cavaliers/Miami Heat
Ten punkt nie jest bezpośrednią winą Jamesa, ale wpływa na niego w niezaprzeczalnym stopniu. Każda (naprawdę) zagrywka w Cleveland i znakomita większość w Miami są zaprojektowane z uwzględnieniem LeBrona jako głównej postaci akcji. W ostatnim sezonie dla Cavs, Król notował średnio 9 asyst na mecz – doprawdy imponujące osiągnięcie jeśli nie zwraca się uwagi na kontekst. Nie dziwi mnie taka ilość asyst; w końcu James bierze udział w każdej pojedynczej akcji i to on jest głównym egzekutorem (rzut, podanie, wymuszanie fauli itd). Gdyby np. Anthony Parker miał podobny kredyt zaufania od trenera i umiejscowiłoby się go w głównej roli w ofensywie, też notowałby sporo asyst – to naturalna kolej rzeczy. Obecnie James inkasuje do swoich imponujących statystyk 7 podań, po których drużyna zdobyła punkty; nic dziwnego – Wade gra bardzo podobną rolę w ataku i troszkę Królowi podkrada statystyk... Pamiętajmy też, że już od kilku dobrych lat LeBron otaczany jest świetnymi partnerami. Fakt ten ułatwia grę (szczególnie teraz, w Miami); obrona rywali nie skupia się wyłącznie na jednym zawodniku. Przeciwnie, dokoła biega jeszcze kilku innych, których w tym samym stopniu nie można pozostawiać bez opieki. W latach '90 w Sacramento grał jeden z moich ulubieńców – Mitch Richmond. The Rock w Sacramento mógł polegać tylko i wyłącznie na sobie; w NBA dawno nie było zespołu, który dysponowałby tak słabym składem. Mimo to, Richmond szarpał jakoś graczy Kings do przodu i robił to mając co mecz przeciw sobie całą (tak jest, 5 osób) drużynę rywali. Sam trener Sacramento w tamtym okresie żartował (choć nie było z czego), że Mitch jest ich pierwszą, drugą i trzecią opcją w ofensywie, ścierającą się na dodatek z potrojeniami w każdym spotkaniu (klik http://www.youtube.com/watch?v=Jbtn4B5GH-M ) Pamiętam niektóre z tych spotkań i gdy teraz patrzę jak James wszystko ma na tacy, zastanawiam się na podstawnością twierdzenia, iż rzeczywiście jest najlepszy. [fakt: Durant. Ile ten chłopak się musiał sam namęczyć... Kobe po odejściu O'Neala zresztą też]
Póki co, James jest księciem. Przynajmniej dla mnie. Ma niesamowity potencjał, warunki i już nabył sporo doświadczenia i umiejętności, dzięki którym dzisiaj zachwyca. Mógłby jednak być lepszy. Mógłby rozwinąć grę tyłem do kosza w przynajmniej zbliżonym do Jordana stopniu. Mógłby popracować nad kontrolą piłki (o właśnie, oryginalny nr. 23 u świtu swojej kariery też nie grzeszył tą zdolnością, a jednak po paru latach opanował ją). Najtrudniejsze dla Jamesa będzie pracowanie nad swoją psychiką, która skutecznie spowalnia jego karierę, a jest według mnie najistotniejszą kwestią. Być może jest to skutek gwiazdorstwa, jakim obarczono go zanim w ogóle pojawił się w NBA – tak było, już przed draftem mówioną o nim jako jednym z najlepszych. W gruncie rzeczy LeBron przez całą swoją karierę nie musiał nic udowadniać i być może to jest powodem jego problemów. A mógłby być najlepszy.
Kacper Paszke


















Jak już Lakersi odpadli z BOstonem to Spursi do finału idą na 80 %
Komentarz do: Kto zdobędzie Mistrzostwo NBA 2011/2012
kaka powaliło cię clippersi nie pokonają Oklahome i w finalę zagrają z miami.
Komentarz do: Kto zdobędzie Mistrzostwo NBA 2011/2012
po pierwsze clippers nie wygra. po drugie nie majami tylko miami ;) mały błąd kolego!!
Komentarz do: Kto zdobędzie Mistrzostwo NBA 2011/2012